Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

sobota, 14 lutego 2015

Walentynki z Catrice


Z małym opóźnieniem przybywam z kolejnymi recenzjami.
Dziś pod lupę biorę:


Bazę Catrice Prime and Fine- smoothing refiner
Podład Catrice All Matt Plus
Korektor Allround Catrice


Zacznę od kompletnej porażki i smutnego rozczarowania, czyli od bazy:

Catrice Prime and Fine- smoothing refiner




Na stronie producenta czytamy:

Beztłuszczowa zawierająca silikon baza praktycznie minimalizuje widoczność porów i wypełnia zmarszczki sprawiając, iż skóra staje się gładka. Teraz jesteś gotowa na wielkie wyjście.


Silikon czuć, a i owszem- skóra mięciutka, jednak rozszerzone pory i drobne zmarszczki jak były, tak i są. Baza nie robi kompletnie nic oprócz nadania miękkości skórze- długo się wchłania, nie współpracuje z wszystkimi podkładami (akurat z Catrice All Matt Plus owszem), nie przedłuża trwałości innych kosmetyków. Jest lekko różowo-fioletowa, ale na skórze staje się bezbarwna.
Opakowanie niehigieniczne- pchanie palców do kosmetyku nigdy nie prowadzi do niczego dobrego. Do tego brzydko pachnie, chemicznie.
Jedyny plus to wspomniana miękkość i fakt, iż pomimo silikonu jeszcze mnie nie zapchała (co jest cudem!).
Całe szczęście, że dostałam ją w promocji 2+1 za 1 gr w Hebe- nie jest warta nawet swojej niskiej ceny, niecałych 20 zł.



Catrice, All Matt Plus 

Strona producenta: 

Naturalne odcienie: nowy podkład All Matt Plus - Shine Control Make Up działa jak druga skóra. Niechciany połysk jest pod kontrolą, cera jest zmatowiona, a skóra odpowiednio nawilżona. Jednocześnie podkład z formułą beztłuszczową zapewnia długotrwały makijaż, który tuszuje drobne niedoskonałości skóry. Odbijające światło pigmenty zapewniają jedwabiście matowe wykończenie i idealnie świeży wygląd. Testowany dermatologicznie. Dostępny w czterech odcieniach. Pojemność 30 ml.


Jestem w posiadaniu odcienia 010 Light Beige. To nie jest moje pierwsze podejście do tego podkładu- jakieś 2-3 lata temu próbowałam się z nim zaprzyjaźnić, ale wylądował w kosmetyczce mamy. Wtedy miałam jednak więcej niespodzianek na twarzy i potrzebowałam czegoś co bardziej będzie trzymało się mojej cery- te wymagania spełniał tylko Revlon ColorStay i dobre 5 lat wiernie się go trzymałam. Jednak z wiekiem cera się zmienia i już nie jestem nastolatką- problemy skórne jednak zostały, nieco pod inną postacią. Teraz Revlon za bardzo mnie wysusza i podkreśla te miejsca... chociaż nadal jako jedyny w miarę matuje błyszczące miejsca.Jestem posiadaczką trudnej cery mieszanej, więc nie wierzę już nawet w żadne ideały kosmetyczne ;)
Teraz potrzebowałam czegoś do szybkiego, lekkiego makijażu do pracy- zużyłam większość swoich BB i przypomniałam sobie, że All Matt Plus również miał przyjemny, jasny odcień. A że w Hebe była wspomniana wcześniej promocja... ;)
Dużą zaletą tego podkładu jest eleganckie, szklane opakowanie z pompką... chociaż, gdy kończy się nam kosmetyk, trzeba trochę się w nim pogmerać :D


Kolor jest przyjemnie jasny, konsystencja półpłynna:

swatch

po rozprowadzeniu na ręce

Kolor na twarzy może przez chwilę wydawać się ciemniejszy, ale po kilku minutach dopasowuje się do buzi.
Nie jest to ani kryjący, ani matujący podkład. Działa raczej jak większość kremów BB- ujednolica koloryt skóry, odświeża buzię. 
Czasem są problemy z jego dostępnością w drogeriach, co chyba świadczy o sporej popularności. Cena to niecałe 30 zł.

Podsumowując? Całkiem przyzwoity. Dla miłośników matu dobrze matujący puder do utrwalenia jest koniecznie potrzebny- i opcjonalnie korektor do ukrycia ewentualnych niedoskonałości. Ja je mam i stąd kolejny kosmetyk, o którym będzie mowa. 

Catrice Allround Concealer


Strona producenta:

Cała paleta różnych odcieni korektorów aby zawsze wyglądać świetnie. Z tym zestawem 5 korektorów łatwo można wyrównać drobne niedoskonałości skóry (beżowe odcienie), ukryć w magiczny sposób cienie pod oczami (różowy odcień) i zakryć wszelkie zaczerwienienia (zielony odcień). Dzięki kremowej konsystencji korektorów aplikacja jest bardzo łatwa.

Po pierwsze, napiszę o tym, czego oczekiwałam od tego kosmetyku. Moim problemem są, genetycznie odziedziczone, spooore cienie pod oczami. Nieważne czy się wysypiam, czy jestem zdrowa, jak się odżywiam- one zawsze są i niestety już będą. A ostatnio sytuacja pogorszyła się ze względu na moje różne choroby- wszystko odbiło się na moich biednych cieniach, jeszcze je podkreślając ;) Próbowałam już kilku innych korektorów, płynnych i w kremie- jednak każde nie dość, że nie kryły, to jeszcze wysuszały i podkreślały moje zmarszczki :( Zaryzykowałam z tą paletką, wybierając kremową konsystencję. Czy jestem zadowolona?
Opakowanie ładne, obietnice producenta ładne- szkoda tylko, że nie dołączono pędzelka, ponieważ staram się nie pchać palców do kosmetyków :( Jednak właśnie ten korektor najlepiej nakłada mi się opuszkami palców. Trzeba uważać, aby nie przesadzić z ilością, co niestety jeszcze mi się zdarza.
Co do obietnic- kolory czerwony i zielony to jakaś pomyłka. A zwłaszcza czerwony... kończymy z czerwonymi plamami pod oczami! Jakkolwiek bym nie próbowała go mieszać, zawsze to samo :(


Korzystam więc ze średniego beżu i najjaśniejszego beżu. Dobrze się komponują i mieszają z moją cerą. Zielony czasem można położyć na czerwoną zmianę- troszkę działa. Beże niestety również TROSZKĘ działają... owszem, jest różnica, ale polega raczej na rozświetleniu niż na zakryciu cieni.
Wrzucę zdjęcie poglądowe, lewe jest bez niczego, prawe z korektorem i uzupełnieniem dookoła Catrice All Matt Plus. Wybaczcie spuchnięte oczy, byłam niewyspana D:


Szału nie ma, jak się za dużo nałoży albo spróbuje przykryć go pudrem czy podkładem, to podkreśla zmarszczki. Jednak zamierzam go zużyć razem z All Matt Plus, używając ich do pracy (na 4-5 godzin) i na krótsze wyjścia :)
W sumie korektory są warte swojej ceny- chyba niecałe 15 zł, a wydają się mega wydajne. 
Więc jeśli ktoś nie potrzebuje dużego krycia to na pewno się sprawdzą!


To już koniec dzisiejszych recenzji- mam nadzieję, że coś z tego się komuś przyda :)

Co u mnie oprócz tego? Małe problemy w pracy, staram się już niczym nie przejmować. Ze zdrowiem lepiej, a i waga powoli wraca mi do normy... już +3kg! Jeszcze 4kg i wrócę do poprzedniego "stanu" :D
Ostatnio byłam ze znajomymi na karaoke, dawno nie byliśmy na śpiewaniu... aż sama się odważyłam i wykonałam z  przyjaciółmi "Tainted Love", japoński opening z "Sailor Moon" i jedną z piosenek Happysad. Było... bardzo zabawnie XD








Dziś skończyłam także nowe etui na telefon <3 Niestety miałam troszkę za mało ozdób...
Na zdjęciu widać także nowe lakiery, które kupiłam sobie na Walentynki... jeszcze kiedyś będzie ich recenzja :)


piątek, 6 lutego 2015

Neogal i Golden Rose

Kłaniam się ponownie! Kto tęsknił? :)
...

Przybywam do Was z kilkoma nowymi notkami. Skąd ta nagła mobilizacja? Wreszcie dorobiłam się lepszego sprzętu do fotografii i nie zamierzam, aby stał i się kurzył. Tak więc ponownie, powolutku ruszam z nowymi pomysłami.
Wczoraj walczyłam z lightboxem (diy), a dziś próbowałam sfotografować pewną rzecz na sobie... a raczej kosmetyk.

Większość dziewczyn czytających blogi kosmetyczne na pewno zna fenomen pomadek Golden Rose Velvet Matte. I ja skusiłam się na dwie sztuki- ale coś czuję, że moja kolekcja szybko się powiększy.
Podczas zakupów kierowałam się przede wszystkim tym, że jeden z kolorów powinien nadawać się do pracy... drugi mógł być bardziej odważny.

Wybór padł na nr 10 i nr 20

eleganckie opakowania...

...i równie elegancka zawartość :D

Zanim znów się rozpiszę, najpierw o kolorach

Numerek 10 to prawdziwa zagadka- raz jest bardziej różowy, raz bardziej pomarańczowy. Ma w sobie oba tony i w zależności od światła na naszych wargach pojawia się pudrowy odcień. Wydaje mi się, że u blondynek będzie bardziej różowy.

Dwa zdjęcia w różnym świetle




Jednym zdaniem: ładny, dość neutralnie wyglądający kolor

Numer 20 to najciemniejsza czerwień, ale z czasem widocznymi podcieniami różu. Tak więc również w różnym świetle wypada... różnie. Zdecydowanie wieczorowo-imprezowy kolor, chociaż jeśli ktoś tak jak ja lubi poszaleć... ;)


Teraz coś więcej o pomadkach Velvet Matte... 
Trwałość: Podobno zależy od odcienia- to prawda nawet w przypadku 10 i 20. 10 "zjada" się dość szybko, ale równomiernie. Picie mu niestraszne, jednak jedzenie na pewno będzie wymagało poprawek od środka ust. Numer 20 jest bardziej trwały i ciężko go zmyć z ust. Myślę, że jednak tłustsze jedzenie sobie z nim poradzi... Jak na razie testowałam tylko 10 i pizzę- został tylko kontur ;)
Konsystencja: Zdecydowanie półmat- gdy chcę całkowity mat, najpierw pudruję usta
Wady: Niestety... podkreśla suche skórki, o których nawet człowiek nie ma pojęcia :( Co chyba widać na zdjęciu podglądowym numerka 10... a codziennie wieczorem aplikuję na usta warstwę miodu i Blistex :( Bez pomadki ochronnej pod spód ani rusz.

Jednak pomimo faktu wysuszania bardzo lubię te pomadki i już poluję na kolejne kolorki... :D

Kolejną notkę poświęce podkładowi, bazie i korektorom z Catrice, które mam na fotkach poniżej (i oczywiście mam również dzisiejszego bohatera, numerek 20! :D)
Doszła do mnie także bluza z d.i.a. od Eren i jestem przeszczęśliwa, chociaż nieco za wysoka na japońską rozmiarówkę :D

Sisu w wersji neogal (inspiracja Alisa Ueno)





Bluza: d.i.a.
Bralet: Tally Weijl
Peruka: Bodyline
Biżuteria: Ebay
Soczewki: Kimchi Viva Grey (iszo)
Pomadka: Golden Rose Velvet Matte Lipstick nr 20


wtorek, 26 listopada 2013

Rossmannowo-Grypowo-Porządkowo

Postanowiłam skorzystać z faktu, że już trzeci dzień grypuję w domu i coś naskrobać.

W poprzednim poście wspominałam o -40% na kolorówkę w Rossmannie i o tym, że już w piątek dokonałam swoich zakupów. Oto małe (aparat mi umiera, i nie pozwolił zrobić więcej zdjęć...) podsumowanie łupów:


-płyn miceralny od Bourjois nie był w promocji, jednak akurat mi się skończył- zapewnia NAJLEPSZY demakijaż, zwłaszcza kremów BB
- podkład od Maybelline i puder od Astora, o których słów kilka będzie niżej
-2 lakiery wibo- jeden to top coat z drobinkami (zrobię manicure i wam go pokażę, bo jest śliczny, tylko... matowy, czego nie zauważyłam zabierając go z półki :( ), drugi brązowy ze złotą poświatą
- lakier Lovely- łososiowy z drobinkami
- pomadka-eliksir od Wibo, dość wściekle różowa, chciałam jej zrobić zdjęcie, ale aparat... :( kupiona w celu porównania pomadko-błyszczyków Lovely i Wibo 
- pomadka błyszczykowa Lovely, której nie ma na zdjęciu, bo szybko zabrała ją mama... i dostała na nią alergii ;) więc nie jest taka cudna, jak ją chwalą
-jakiś randomowy błyszczyk od Wibo, kupiony tylko do podkreślenia gradient lips
- róż w cieplejszych tonach, bardziej beżowych, od Wibo (gdyż mam same różowe róże i chciałam sprawdzić, jak taki odcień będzie prezentował się z moimi nowymi włosami- i faktycznie, jest lepiej... ale i tak wolę róże od MUA)
- brązowa kredka do oczu od Lovely
- I MOJE CUDO:

- tak, pomadka-masełko od Revlon <3 Revlon ColorBurst Lip Butter- wymarzona, wyczekana i upolowana :D Mam zdecydowaną obsesję jeśli chodzi o akurat te pomadki i jestem nią zachwycona. Mój kolor to 027 Juciy Papaya (kolor nieco bardziej zgaszony niż na zdjęciu, w przyszłości zrobię lepszy swatch). Szczerze mówiąc miałam dylemat, który kolor wybrać... portfel już płakał, a to i tak była najdroższa z kupionych rzeczy :D"

Obiecanych słów kilka o podkładzie i pudrze, które ostatnio stały się podstawą mojej kosmetyczki, gdy jako student potrzebuję szybko wybrać się na zajęcia i nie nakładać na siebie zbyt wiele tapety :D
- podkład Maybelline Affinitone- oj, długo się do niego przekonywałam... ale jak widać kupiłam drugie opakowanie. Chyba najbardziej podoba mi się w nim dość dobrze dopasowany, jasny odcień (Light Sand Beige- przynajmniej po lecie pasuje, zimą pewnie będzie ciut ciemny) i przyjemne, satynowe w dotyku wykończenie. Jest średniokryjący, przeciętnie trzyma się buzi. Ale utrwalony pudrem od Astora trzyma się tyle, ile od niego wymagam- czyli wytrzymuje moje wyjście na zajęcia, wysiedzenie na nich i powrót. Szybko się nim maluje, a gdy coś muszę zakorektorować to wspomagam się Skin79 Line Cover BB Cream Plus i daje radę. Używam go na zmianę z BB od Holika Holika lub Revlon Colorstay (ten drugi na większe wyjścia).
- puder Astor Anti Shine Mattitude- posiadam najjaśniejszy kolor, bodajże 002 (wybaczcie, grypowy leń zabrania mi wychodzenia z łóżka i szukania teraz kosmetyków :D). Używam go na zmianę z pudrem bambusowym z Biochemii Urody, aby skóra czasem odpoczęła od niego. Jest dość kryjący, widać go na podkładzie, jednak po jakimś czasie się wchłania i wyrównuje buzię. Podobno przede wszystkim jest matujący, ale ja już w takie cuda nie wierzę- owszem, trochę trzyma na początku, ale po jakichś dwóch godzinach i tak potrzeba delikatnych poprawek. Taka uroda cery mieszanej. Ah, no i ma beznadziejne opakowanie... jak za taką cenę... dlatego nigdy nie kupuję go w cenie regularnej (ok. 31 zł). Jednak i tak jest to mój ulubiony jak na razie puder prasowany- jako jedyny nie przyciemnił mojej buzi, nie ciemnieje w trakcie noszenia i daje dość ładne wykończenie plus krycie tego, czego nie zakrył podkład.

Trzeci dzień chorowania jednak zaowocował czymś pożytecznym- nie miałam ochoty siedzieć w łóżku, więc przeniosłam się na podłogę, gdzie dzielnie postanowiłam zrobić porządek w kosmetykach. Niestety, połowa nadawała się już do wyrzucenia a resztę trzeba było jakoś posegregować. Teraz takie oto pudełeczka stoją na mojej biurko-toaletce i w szafce:

od lewej od dołu:
przezroczysty pojemniczek- pomadki, błyszczyki
zielony pojemniczek- lakiery do paznokci
fioletowy pojemnik- kremy do rąk, maseczki, próbki, olejki, peelingi, korund, witaminy i inne bzdety do robienia kosmetyków
czarny (otwarty) z Marilyn <3 - tusze do rzęs, kredki, cienie
czarna tuba z Marilyn- pędzle do makijażu
drewniany koszyczek- podkłady, pudry, ulubione cienie

A z tyłu karton z wyrzuconymi kosmetykami... :D Wreszcie jakiś porządek!

Przy okazji odkryłam, ile jeszcze czeka na mnie próbek... kilka musiałam wyrzucić ze względu na ich termin, a i tak trochę zostało:

Chyba czas coś z nimi zrobić XD


Właśnie zostałam uświadomiona przez mamę, że czeka jeszcze jest stos kosmetyków w łazienkowych kosmetyczkach... o nie, nie mam już dziś na nie siły! xDDDD


sobota, 23 listopada 2013

Marchewa.

Hej... wiem, nie było mnie tu prawie miesiąc. Jednak nie jestem zbyt sumienna w prowadzeniu tego typu rzeczy...
W zasadzie nie mam ostatnio zbyt wiele czasu (ostatni rok studiów, pisanie pracy magisterskiej i takie tam...). Jednak ostatnio postanowiłam znów przez chwilę zająć się sobą i... przeszłam małą metamorfozę. Skorzystałam z okazji, że do mojego miasta powrócił i zaczął pracować w pobliskim salonie fryzjerskim mój dawny kolega- dostałam propozycję mega fajnego pakietu, więc zabrałam przyjaciółkę i trochę zaszalałyśmy (no dobra, ja bardziej)

Pakiet składał się z: dowolnej koloryzacji, zabiegu regenerującego firmy Joico, strzyżenia i modelowania.
Nie miałam absolutnie żadnego pomysłu no kolor, chciałam tylko, żeby były jasne (a ostatni raz jasne miałam... hm... 7 lat temu? :D). Kilka postów temu płakałam nad tym, że czerwień wyszła mi czarna... więc wyobraźcie sobie jak się bałam tego rozjaśnienia, z ciemnego koloru... Jednak najwyraźniej niepotrzebnie, pięknie i równo wszystko wyszło :)

Różne etapy naszej CZTEROGODZINNEJ zabawy:

po idealnie równiutkim rozjaśnieniu, samoobsługa, Maciek w tym czasie układał włosy mojej przyjaciółki :)


moje stracone włosy... z tyłu mam naprawdę króciutkie, zaszalał chłopak :D

po farbowaniu i ułożeniu.. zmęczona :)

tutaj włosy Marty *o* piękne, prawda? moje pióra to nic... :D


i moje włosy następnego dnia w słonecznym świetle :D

Intensywny kolor, prawda? W salonie zaplanowałam coś innego, chciałam ciemniejszy rudy... no ale stanęło na tym. Strasznie ciężko jest mi się przyzwyczaić do takiej zmiany :D

PRZED i PO :)


Włosy jeszcze są błyszczące i miękkie (pewnie po tym zabiegu regeneracyjnym, aktualnie myjąc je w domu traktuję je zakwaszającym szamponem, aplikuję im maskę lub olejuję na noc- boję się, aby nie stały się kiedyś sianem.... :O)

Oprócz tego, nie wiem dlaczego ale zapomniałam pochwalić się moim cudnym pandzio-piórnikiem :D Takie piękne rzeczy może wykonać wam tylko -> Marchewland

Cudna!

Oprócz tego w ostatnim tygodniu otrzymałam swoją nagrodę od szkla.com (konkurs na zdjęcie do ich kalendarza... niestety w paczce go nie było i mam nadzieję, że kiedyś otrzymam go na pamiątkę... :( ). Jak widzicie, całkiem pokaźna ta paczuszka. 


Były w niej zielone soczewki od FitView i powiem wam, że całkiem nieźle sprawdzają się na jasnych oczach, wyglądają naturalniej niż ich niebieska wersja (kiedyś wstawię foty do porównania, przy okazji recenzji posiadanych soczewek). Zielone możecie już zobaczyć na najnowszych zdjęciach powyżej, chyba najbardziej widać je na zdjęciu w porównaniu "PO" :D Może wrzucę jeszcze jakieś...

O tu widać, że są dość delikatne :)


Czy coś jeszcze miałam... AH! Ważna informacja!
Jeśli ktoś jeszcze nie wie, to od wczoraj w Rossmannie jest -40% na całą kolorówkę! Wczoraj trochę uzupełniłam zapasy, jutro może je wam pokażę :)

sobota, 12 października 2013

Farbowanie włosów- czyli ognista katastrofa

Post na temat farbowania włosów miał jeszcze trochę poczekać- ale wczoraj stała się mała włosowa katastrofa... Także post będzie wyglądał troszkę inaczej, niż to sobie zaplanowałam.

Jak zapewne część z Was kojarzy, przez kilka dobrych lat miałam prawie biało-czarne włosy, a w tym roku postanowiłam to zmienić...




 Najpierw zaczęłam od przyciemniania jasnej, spalonej już praktycznie strony...


W końcu odważyłam się na rozjaśnienie ciemnych włosów. Wybrałam domowy sposób- kąpiel rozjaśniającą (mieszanka rozjaśniacza, odżywki i szamponu). Po dwóch krótkich kąpielach (nie byłam pewna co z tego wyniknie) otrzymałam zadowalający odcień, pozwalający mi na nadanie włosom innej barwy :D

(przepraszam za brak makijażu XD)

Sposób z kąpielą okazał się ekstra- włosy ani trochę się nie zniszczyły, były mięciutkie i nic nie zapowiadało sianka :D 

Miałam w planach jakiś rudy kolorek, ale ostatecznie w sklepie sięgnęłam po jakąś czerwień z Garniera (dokładnie nie pamiętam, ale to nieważne- farba się nie sprawdziła).
Nie dość, że włosy znów pociemniały, to czerwony pigment spłukał się z nich praktycznie błyskawicznie... Odczekałam aż farba całkowicie wypłucze się do rudych (nie trwało to długo...) i zdecydowałam się na farbę z "wyższej półki", ponieważ czytałam wiele pozytywnych recenzji na temat jej trwałości :)


I to był strzał w dziesiątkę!

Nadal było widać różnicę w grzywce, ale wiadomo, przecież była jaśniutkim blondem :D Szczerze polecam tę serię od L'oreal (NIE INNE SERIE, NA KONIEC ZOBACZYCIE DLACZEGO >_<). Kolor spłukiwał się wraz z wodą, ale utrzymywał na głowie- po trzech tygodniach widziałam swoje odrosty a jednak reszta włosów nadal była wyraźnie czerwona (a to bardzo rzadkie w czerwonych odcieniach). No i boska, bardzo duża odżywka <3

Farbowałam nią włosy jeszcze kilka razy, i byłam równie zadowolona.



Ostatnio jednak zaplanowałam małe zmiany, chciałam uspokoić ten odcień czerwieni (z każdym farbowaniem okazywał się coraz bardziej żarówkowaty...)- marzyło mi się wyrównanie koloru, czyli żeby włosy na czubku głowy miały taki odcień jak same końcówki (na zdjęciu na placu zabaw widać tę różnicę).
Najpierw jednak musiałam je ściąć, po bo lecie zaczęły mi wypadać baaardzo intensywnie (nie mogę mieć długich włosów- za słabe cebulki)


Byłam (i jestem) niezbyt zadowolona z tego ścięcia, a zwłaszcza z grzywki... Jestem fanką prostej i gęstej, a fryzjerka namówiła mnie na jej wycieniowanie... więc teraz muszę zaczesywać ją czasem na bok, żeby nie mieć "grzebienia" na czole ;_;
Ale jak widać- kolorek był ładny, najbardziej podobał mi się z tyłu- taka winna czerwień.
Wczoraj postanowiłam znów zaufać marce L'oreal.... i przejechałam się na tym bardzo, bardzo, bardzo.

Nigdzie nie mogłam dostać tego odcienia:

Jest odcieniem ciemniejszym od mojego faworyta... ale przetrząsnęłam każdą drogerię w Białymstoku i nigdzie go nie było! O_O

Zadowolona z firmy, szukałam więc innych czerwieni i w łapki wpadła mi ta pianka...

 565 Ognista Czerwień 

Nigdzie nie było próbki koloru, ale chyba nazwa powinna mówić sama za siebie, nie? Kolor na pudełku też mógł się trochę różnić, no ok... ale jak spojrzałam wczoraj w lustro po farbowaniu... to zwyczajnie się rozryczałam.


Jakby to opisać słowami... Kolor był.. ciemny, jak widać. Taki ciemny brąz, wymieszany z czarnym, fioletem i wystającym w paru miejscach poprzednim czerwonym...
W każdym bądź razie- ZERO OGNIA. I ZERO CZERWIENI.

Umyłam włosy szamponem ziołowym, rano umyłam dwukrotnie również tym samym... i ten piekielny brąz nie chce się sprać! W poniedziałek kupię Nizoral... tyle miesięcy rozjaśniania poszło się dymać...
Najgorsze jest to, że teraz nie mogę ponownie rozjaśnić włosów, bo je stracę (kolega fryzjer ładnie mi wszystko wyjaśnił...). Muszę odczekać ze dwa tygodnie, a potem kombinować... albo pogodzić się z ponownie ciemnymi, nijakimi włosami.

Zrobiłam dziś kilka zdjęć, żeby sprawdzić jak to wszystko komponuje się z makijażem a nie z zaryczaną buźką... no ale nie jestem nadal szczęśliwa.
Porównanie przed i po farbowaniu...





Także... nie polecam!

:(