Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sisu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sisu. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 10 listopada 2014

Powroty.

Konnichiwa minna-san!


Ile to już razy porzucałam i powracałam do pisania bloga? Leń ze mnie okropny. A tyle miałam planów, recenzji... i ciągle o tym zapominałam. Może teraz, gdy moje życie znów powoli się stabilizuje, znajdę troszkę więcej sił i czasu?


Ze względu na to, iż dawno mnie tu nie było, będzie to notka z cyklu "co u mnie?" (krótko i zwięźle)- więc jeśli nie interesują cię życiowe historie i wywody, możesz ominąć dalszą część. (¬‿¬) 

W kolejnych notkach postaram skupić się bardziej na recenzjach.

A więc... co u mnie?


W lipcu obroniłam swoją pracę magisterską (związaną z mangą i anime, więc poszło gładko (*^▽^*)) i wreszcie ukończyłam studia.



Takie szczęśliwe Sisu, bo nie musi tam już wracać xD

Od kwietnia chodziłam na wolontariat do jednej z prywatnych szkół i niedługo po obronie dowiedziałam się, że dostanę tam od września pracę. Więc początek kariery pedagogicznej poszedł mi dość gładko, chociaż niektóre rzeczy do tej pory mnie przerażają :D

Ostatnie studenckie wakacje (if u know what I mean, legitymacja XD) spędziłam więc na bardzo dużym luzie- kilka dni po obronie pojechałam na koncert Loka, który będę wspominała jako ten jeden z najlepszych. Bardzo pozytywna atmosfera, przyjazne, powiedziałabym wręcz "swojskie" chłopaki :D 


Odwiedziłam również po raz kolejny Yoki i znów przesiedziałyśmy trochę czasu w Ustroniu. Chyba nigdzie tak dobrze mi się nie wypoczywa :)


 taaaak, różowe włosy! (✿´‿`)





Wróciłam, jeszcze trochę poleniuchowałam i trzeba było wyruszać do pracy. Pomimo wcześniejszego wolontariatu, szybko przekonałam się, że to zupełnie coś... innego. Ale nie będę się o tym rozpisywać.

Niestety, po ładnie przepracowanym wrześniu, w październiku zwaliła mnie z nóg dość poważna choroba. Do tej pory takie rzeczy kojarzyły mi się owszem, z bólem, ale przez kilka dni- bierzesz lek przeciwbólowy, wygrzewasz 3 dni i możesz ruszać dalej. 
Tutaj już podczas pierwszej doby miałam ochotę rozwalić sobie głowę o ścianę, wyjąc co kilkanaście minut z powodu okropnego, do niczego nie porównywalnego bólu. Dopiero, gdy po drugiej próbie dostania się na pogotowie wylądowałam na SORze zdałam sobie sprawę, że to coś poważnego- rtg, tomografia, rezonans głowy, kilku specjalistów z różnych dziedzin. Byłam okropnie wystraszona x.x Kolejnego dnia inny SOR, leki przeciwbólowe łykane garściami, ketonal w tyłek, kroplówki... nikomu tego nie życzę, nikomu. Jedyny plus to to, że diagnoza została postawiona dość szybko, jak na naszą służbę zdrowia.
Gdy po ponad tygodniu zwolnienia dostałam się do neurologa, doszły kolejne dwa tygodnie w łóżku i nawet po upływie tego czasu zakaz zmuszania się do pracy (jęczałam, że chcę już wyjść z domu pomimo bólu- mniejszego, ale bólu xD). 
Dopiero po tych ponad 3 tygodniach siedzenia na tyłku byłam w stanie wyjść z domu (i to dość chwiejnie) i zacząć znów pracę. Niestety, jeden z leków kompletnie rozwalił mi odporność i już pierwszego dnia złapałam infekcję (o które nie trudno przy kilkudziesięciu zasmarkanych dzieciaczkach ;)). O całkowitym braku odporności przekonana jestem do dzisiaj- minęły kolejne dwa tygodnie, a ciągle jestem chora. Przeszłam już grypę żołądkową, zapalenie gardła, teraz jestem na etapie dobijającego kataru i kaszlu. A leku nie mogłam odstawić... bez niego znów pojawiał się ból. Jedno leczy, na drugie szkodzi. We środę kolejna wizyta u neurologa, chciałabym już odstawić to paskudztwo i skupić się na infekcjach...
I wiecie co mnie jeszcze najbardziej przeraża? Że ten ból potrafi sobie wracać, zamieniać się w chorobę przewlekłą... Nie jest zbadane dlaczego się pojawia (jeśli nie ma uszkodzenia mechanicznego- u mnie nie było), ani jak to wyleczyć. Nie wyobrażam sobie kolejnego ataku, huh.

Gdy już skończyło się zwolnienie, pomimo przeziębienia starałam się znów żyć. Spokojniej, wolniej, ale żyć. Nawet udało mi się wyjść na ponad 2 godzinki na Halloween z przyjaciółmi <3 Moim strojem został cosplay, który szykowałam już od kilku miesięcy ale przez chorobę musiał zostać jeszcze odkładany. Dzień przed Halloween zaczęłam ogarniać perukę i wysyłać mamę po kupno kamizelki xD

Kaneki Ken "Tokyo Ghoul"

Również udało mi się wyjść w sobotę na urodziny przyjaciółki- i to był pierwszy dzień od początku października, kiedy byłam w stanie zrobić swój makijaż... Nawet do pracy chodziłam bez podkładu i z jedynie pomalowanymi rzęsami x.X Tutaj też było ciężko, bo przez katar łzawiły mi oczy... ale się nie poddaję, chcę wrócić do normalnego życia. :D



Sztuczne światło zjadło mi konturowanie i cienie na zdjęciach, ale i tak jestem zadowolona, że wreszcie wyglądam choć troszkę jak człowiek :3 Na drugim zdjęciu widać, w jakim stanie są teraz moje włosy- w bardzo kiepskim. Gdzieś w połowie leczenia zaczęła mi się buntować skóra i zaczęły bardzo wypadać włosy... Podcięłam je, zaczęłam nawilżać olejem kokosowym- i niestety, niewiele to daje. Rzadkie sianko. Muszę dokończyć leczenie i wtedy coś wymyślić, jednak to zajmie sporo czasu, zanim dojdą do siebie. W pracy i tak najczęściej łapię je w kucyk, bo najwygodniej. 

Huhu, zaczęłam notkę tak optymistycznie, a skończyłam na gorzkich żalach. Ale to już ostatni raz! Znów zaczynam żyć (naprawdę tak się czuję) i choć jeszcze trochę mi to zajmie, staram się przywrócić mój porządnie podkopany optymizm... (⌒▽⌒)☆

Dbajcie o siebie, szczególnie podczas takiej zdradliwej pogody- ale i w każdej innej sytuacji. Pamiętajcie, zdrowie jest najważniejsze 

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Matsuri 2014, Warszawa (Torwar)

Witam po kolejnej dłuuugiej przerwie! W moim życiu ostatnio działo się zbyt wiele, aby móc jeszcze dodatkowo systematycznie prowadzić bloga. Powiem tylko, że powoli zbliżam się do kończenia studiów i na horyzoncie pojawiła się propozycja pracy od września, w moim zawodzie. Więc zapowiada się bardzo przyjemnie.

Ale dziś inny temat:

W sobotę (7.06) odbył się piknik z kulturą japońską, na którego wybrałyśmy się z Iris i Ru. Tak więc o 7:30 siedziałyśmy już w autobusie, a o 11 byłyśmy w stolicy. Nie dość, że doskwierało mi zmęczenie, to jeszcze z godziny na godzinę robiło się coraz bardziej gorąco… niestety na Torwarze również - tak więc  przydały się wachlarzyki, które dostałyśmy na początku ;)


Na wstępie powiem, że strasznie zawiodłyśmy się na orgach- Iris sporo wcześniej wysłała swoje zgłoszenie na miss yukaty, pisała w tej sprawie też na facebooku… i dopiero w dzień wyjazdu dowiedziała się, iż organizatorzy NIE DOSTALI JEJ MAILA. Szkoda tylko, że nie była jedyną osobą, której zgłoszenie zaginęło :( Ale później nas ładnie przeproszono, więc wybaczamy ;) Może za rok… wtedy wyślę im od razu 100 wiadomości z jej zgłoszeniem, haha. Tak, zamierzam tam wrócić, bo podobała mi się ta rodzinna atmosfera, w przeciwieństwie do konwentowego burdelu.



Sam piknik uważam za baaardzo udany- każdy mógł znaleźć tam coś dla siebie. Rodziny z dziećmi miały do wyboru sporo ciekawych gier japońskich, fani rysunków mogli podpatrzeć tworzenie obrazów przez artystów, można było przymierzyć yukatę czy dowiedzieć się co nie co o kosmetykach Shiseido… czy japońskich samochodach ;) Były też wystawy drzewek bonsai, sklepik z lolicimi ciuchami czy ściana anime (tego akurat działania i sensu nie rozumiałam)  Na głównej scenie niestety momentami było… bardzo nudno. Ale co kto lubi- sztuki walki mnie nie interesują aż tak bardzo ;) Ciekawiej zrobiło się, gdy na scenę weszły zespoły taneczne, czy śpiewający artyści.  Kilka razy w przerwach na telebimku leciały teledyski Miku Hatsune, co moim zdaniem było najżywszym elementem przy głównej scenie  :D


Na kolejnym poziomie był dość spory wybór jedzenia. Dało się tam wygrzebać coś ciekawszego niż kurczak z supermarketu na patyku, bo widziałam, że niektórzy na to narzekali ;) Ja skusiłam się na pyszne  takoyaki, kare pan, onigiri, makaron z warzywami i kurczakiem (w ramach obiadu), zieloną herbatę, spróbowałam shake mocha i lody mocha. Aby mama nie była smutna, kupiłam jej gotowe już mochi sezamowe ;) Niestety nie odnalazłam alkoholi, ale podobno piwa szybko zabrakło, haha. Dużym plusem była możliwość degustacji wielu dań. Na tym poziomie były także dwa stoiska z gadżetami m&a (przepraszamy sprzedawcę za zamieszanie i marudzenie z gratisowymi figurkami, haha).

food porn :D

Na najwyższym poziomie niestety byłam najkrócej, ale na wszystko nie starczyło nam czasu… (pomimo, że byłyśmy tam od początku do końca- to niestety np. kolejki do jedzenia były baaardzo duże i trochę czasu na to szło). Ominęła nas więc ceremonia parzenia herbaty :(

Co do atrakcji, w których wzięłyśmy udział… Przypadkowo zdecydowałyśmy się już na samym początku na wzięcie udziału w konkursie Fujifilm na zabawną fotkę, ale o tym będzie później :P

to nie były zdjęcia konkursowe, tylko inne egzemplarze, które dostałyśmy :)


Trochę podjadłyśmy, pograłyśmy w różne gry (do tej pory mam swój złowiony balonik, haha), zapisałyśmy się na yukaty (zapisywałyśmy się o 13 i już wtedy wolne miejsca były dopiero od ok. 17, ale przynajmniej wszystko szło w miarę sprawnie dzięki tym zapisom), spotykałyśmy się ze znajomymi, znów jadłyśmy (XD), ograłyśmy pana w papier kamień nożyce i dostałyśmy sosy sojowe, oglądałyśmy występy i było całkiem przyjemnie… no może tylko za gorąco.

Samo pakowanie w yukatę było ciekawym przeżyciem i… było jeszcze bardziej gorąco, pomimo tego, że to strój „letni” ;) Mogłam wybrać akurat ten wzór, na który wcześniej polowałam. Już przy samym przymierzaniu jakieś starsze panie robiły mi zdjęcia, a gdy podeszłam pod ściankę, to inni zaczęli również prosić o fotki, czy cykać je z ukrycia. Potem na szczęście doszły moje dziewczyny i już nie czułam się tak dziwnie, haha. Nie wybaczę tylko Iris za to, że to co wrzuciła na fb przedstawiało  MOJE PIĘKNE TRAMPKI XD



Gdy już wydostałyśmy się z tych cudnych, gorących opakowań, wróciłyśmy bliżej pod scenę… i wtedy zawołała nas jedna z pań z obsługi i oznajmiła, że wygrałyśmy konkurs Fujifilm i będziemy proszone na scenę. Nie mogłam przestać się śmiać, gdy to usłyszałam, ale jakoś się ogarnęłyśmy i faktycznie pojawiłyśmy się znów bliżej sceny. Wtedy rozpoczął się występ Aralki, bardzo przyjemny zresztą, więc mogłyśmy go spokojnie wysłuchać :) Później było już tylko wręczanie nagród i radość z różowego aparaciku (Pan Prezes jeszcze do nas podchodził i upewniał się, czy dostałyśmy PINKKU XDD), więc na wyborach miss yukaty już się nie skupiałyśmy, haha.  Obejrzałyśmy tylko moment, gdy się przedstawiały (zapadła mi w pamięć dziewczyna, która mówiła, że lubi styl gyaru), a potem uciekłyśmy wypstrykać trochę zdjęć naszej grupce :P Także nawet nie wiem, która z pań wygrała…

nasza pinkku nagroda ;)

Zanim się obejrzałyśmy, było już ok. 19 i trzeba było uciekać na autobus. Przed 21 udało nam się zająć miejsca i odetchnąć z ulgą. Naprawdę byłam przemęczona, mój makijaż już dosłownie spływał, na oczy nie widziałam, rajstopy mi się porwały i ogólnie obraz nędzy i rozpaczy, haha. Byłam nawet gotowa zasnąć w autobusie, czego nigdy nie robię, ALE siedziały za mną trzy młodziutkie dziewczyny wracające z jakiegoś festiwalu fitness i non stop rozmawiały bardzo głośno… aż do samej północy, czyli do końca trasy. Znałam już chyba każdej z nich życiorys i problemy rodzinne.  _-_ Nadmienię, że reszta autobusu była zupełnie cichutko, pewnie ci z przodu mogli nawet się zdrzemnąć… :(

droga powrotna, przepraszam za twarz xD


Ogólnie wyjazd oceniam baaardzo pozytywnie (zwłaszcza, że zazwyczaj jeżdżę tylko na koncerty, więc to była ciekawa odmiana XD). Tutaj nastąpi mały spam zdjęciami:




a to był mój outfit w całości


Wszystkie zdjęcia zostały wykonane nowym telefonem, z którym jeszcze się zaprzyjaźniam... tęsknię czasem za moim maluszkiem, ale nie przeżył podwójnego lądowania pod kołami autobusu xD


niedziela, 2 marca 2014

O wszystkim i o niczym.

Hej ho!

To będzie nudna notka o moim życiu, więc jeśli kogoś to nie interesuję, polecam nie czytać ;)

Troszkę mnie tu nie było, jestem strasznie niesystematyczna, wiem wiem...
W zasadzie działo się tyle, że zaniedbałam większość swoich "internetowych obowiązków".
Teraz, po sesji egzaminacyjnej, po tygodniowej grypie, wchodzę w etap praktyk w szkole podstawowej... zaczynam 10 marca i szczerze mówiąc, troszkę się stresuję. Ostatnio pracowałam w szkole dwa lata temu, więc odrobinę odzwyczaiłam się od tego całego zamieszania :P

A co działo się pomiędzy?

Moje dziewczyny wróciły oczywiście z Japonii, i przywiozły mi troszkę pamiątek :)
Tej czekolady Willy Wonka chyba NIGDY nie zjem, a rzęs bałam się używać, haha. Ale jednak się odważyłam- i bardzo je polubiłam :D

Później... Walentynki... które spędziłam tak:

:D

...Następnie nastąpiła straszna choroba zwana grypą, która zwaliła i mnie i mamę z nóg na ponad tydzień (w zasadzie ciągle miałam gorączkę i prawie nie opuszczałam łóżka... nikomu nie życzę takich infekcji :()

Dopiero wracają mi siły, więc staram się znów wrócić do żywych, do rytmu pracy, jaki narzuciłam sobie wcześniej :)

Na przykład... ostatnio dostałam wiadomość od dawnej przyjaciółki z podstawówki. Założyła własną agencję reklamy i promocji.. i zaproponowała mi małą współpracę.
Dzięki temu wczoraj miałam okazję sprawdzić się na prawdziwej, profesjonalnej sesji zdjęciowej. Potraktowałam to raczej jako zabawę i chęć zdobycia nowych doświadczeń, dlatego bardzo dobrze się bawiłam :D

Przyznam, że starałam się nikomu nie mówić o moich planach, ponieważ sama nie byłam pewna, czy wezmę w tym udział. Jakoś nigdy nie zależało mi na takich rzeczach... Mam nadzieję, że tego nie pożałuję :)
Było tam kilku moich znajomych, poznałam też kilka przesympatycznych osób (przepraszam wizażystkę za to, że przeze mnie znienawidziła azjatycki typ makijażu i musiałyśmy improwizować, haha)... i wcale nie czuło się żadnego napięcia i stresu. Pomimo, że spędziłam tam cały dzień (chciałam poczekać na kolegę, który jest fryzjerem). Jedyne, co dziś czuję, to zakwasy na udach- od całego dnia biegania na obcasach, haha.
Mam nadzieję, że w najbliższym czasie zobaczymy jakieś efekty tej pracy :)

Tutaj mała zabawa w studiu. Tak, czasem nam się nudziło :D





Szkoda, że na zdjęciach nie mogłam mieć tej czapki, haha :D


wrzucę jeszcze kilka zdjęć z ostatnich zakupów:

tak, kolejny tint od astora... 4 w kolekcji xDDD

taaak! nowe soczewki! 2 pary są moje...przyszły idealnie na czas sesji! następna notka będzie o nich :D

sobota, 23 listopada 2013

Marchewa.

Hej... wiem, nie było mnie tu prawie miesiąc. Jednak nie jestem zbyt sumienna w prowadzeniu tego typu rzeczy...
W zasadzie nie mam ostatnio zbyt wiele czasu (ostatni rok studiów, pisanie pracy magisterskiej i takie tam...). Jednak ostatnio postanowiłam znów przez chwilę zająć się sobą i... przeszłam małą metamorfozę. Skorzystałam z okazji, że do mojego miasta powrócił i zaczął pracować w pobliskim salonie fryzjerskim mój dawny kolega- dostałam propozycję mega fajnego pakietu, więc zabrałam przyjaciółkę i trochę zaszalałyśmy (no dobra, ja bardziej)

Pakiet składał się z: dowolnej koloryzacji, zabiegu regenerującego firmy Joico, strzyżenia i modelowania.
Nie miałam absolutnie żadnego pomysłu no kolor, chciałam tylko, żeby były jasne (a ostatni raz jasne miałam... hm... 7 lat temu? :D). Kilka postów temu płakałam nad tym, że czerwień wyszła mi czarna... więc wyobraźcie sobie jak się bałam tego rozjaśnienia, z ciemnego koloru... Jednak najwyraźniej niepotrzebnie, pięknie i równo wszystko wyszło :)

Różne etapy naszej CZTEROGODZINNEJ zabawy:

po idealnie równiutkim rozjaśnieniu, samoobsługa, Maciek w tym czasie układał włosy mojej przyjaciółki :)


moje stracone włosy... z tyłu mam naprawdę króciutkie, zaszalał chłopak :D

po farbowaniu i ułożeniu.. zmęczona :)

tutaj włosy Marty *o* piękne, prawda? moje pióra to nic... :D


i moje włosy następnego dnia w słonecznym świetle :D

Intensywny kolor, prawda? W salonie zaplanowałam coś innego, chciałam ciemniejszy rudy... no ale stanęło na tym. Strasznie ciężko jest mi się przyzwyczaić do takiej zmiany :D

PRZED i PO :)


Włosy jeszcze są błyszczące i miękkie (pewnie po tym zabiegu regeneracyjnym, aktualnie myjąc je w domu traktuję je zakwaszającym szamponem, aplikuję im maskę lub olejuję na noc- boję się, aby nie stały się kiedyś sianem.... :O)

Oprócz tego, nie wiem dlaczego ale zapomniałam pochwalić się moim cudnym pandzio-piórnikiem :D Takie piękne rzeczy może wykonać wam tylko -> Marchewland

Cudna!

Oprócz tego w ostatnim tygodniu otrzymałam swoją nagrodę od szkla.com (konkurs na zdjęcie do ich kalendarza... niestety w paczce go nie było i mam nadzieję, że kiedyś otrzymam go na pamiątkę... :( ). Jak widzicie, całkiem pokaźna ta paczuszka. 


Były w niej zielone soczewki od FitView i powiem wam, że całkiem nieźle sprawdzają się na jasnych oczach, wyglądają naturalniej niż ich niebieska wersja (kiedyś wstawię foty do porównania, przy okazji recenzji posiadanych soczewek). Zielone możecie już zobaczyć na najnowszych zdjęciach powyżej, chyba najbardziej widać je na zdjęciu w porównaniu "PO" :D Może wrzucę jeszcze jakieś...

O tu widać, że są dość delikatne :)


Czy coś jeszcze miałam... AH! Ważna informacja!
Jeśli ktoś jeszcze nie wie, to od wczoraj w Rossmannie jest -40% na całą kolorówkę! Wczoraj trochę uzupełniłam zapasy, jutro może je wam pokażę :)

sobota, 21 września 2013

Tomo

Witam po dłuuuugiej przerwie! J
Podczas wakacji nie mam zbyt wielkiej weny jeśli chodzi o pisanie bloga, więc spokojnie czekam na ich koniec. Do bardziej systematycznego prowadzenia tej strony wrócę w okolicach października… Chyba, że mnie promotor przyciśnie i trzeba będzie wreszcie zacząć pisanie pracy magisterskiej w trybie znacznie przyspieszonym xD

Szczerze mówiąc, pierwszy raz tak naprawdę nie chce mi się tam wracać… ale został tylko rok, jakoś wytrzymam. Nie potrafię zostawić czegoś, co już zaczęłam. I jeszcze z pewnych względów nie mogę. Szkoda tylko, że w tym roku zabraknie mi aż jednego stopnia do stypendium naukowego…  odzwyczaiłam się od braku posiadania własnych pieniążków, będzie ciężko.

Ale… nie o tym chciałam mówić. W zasadzie nadal nie mam pomysłu na dzisiejszą notkę i… AŁA, WŁAŚNIE PEWIEN SZATAN UGRYZŁ MNIE W KOLANO.
O właśnie, dziś przedstawię wam mojego nowego mężczyznę życia.




Oto Tomo.

Nasza przygoda rozpoczęła się dość tragicznie, ponieważ poprzedziło ją odejście Edwarda.
(Teraz, jeśli nie lubisz czytać długich, nudnych wywodów, wyłącz mojego bloga :D)






Edzio był ze mną prawie 4 lata i miałam całkowitego świra na jego punkcie. Gdy chorował, potrafiłam przez dwa miesiące, codziennie aplikować mu lekarstwo, smarować uszka, co kosztowało mnie potwornie pogryzionymi rękoma. 

Ale gdy wyzdrowiał, kochał mnie chyba jeszcze mocniej. Niestety… i na niego przyszedł czas, nawet myszy kolczaste nie są nieśmiertelne. Stało się to, gdy byłam u babci… przyjechała mama i opowiedziała mi wszystko. Byłam na to przygotowana od kiedy znów zaczął się źle czuć, jednak było mi okroooopnie ciężko. Jedyne co powiedziałam, to: „Nie chcę wracać do pustego pokoju”- i wtedy było wiadome, że musimy coś wymyślić. Odpaliłam Internet w telefonie i cudem łapiąc zasięg zaczęłam przeglądać strony internetowe, ogłoszenia, szukając jakichś zwierzątek. W planach od wielu lat był pies (co zresztą było obietnicą, że jeśli Edzia zabraknie, wreszcie dostanę własnego psiaka)- jednak teraz takie koszta utrzymania psa, kupienia wymarzonego, nie wchodziły w grę. Kolejną propozycją był szczur, którego jednak moja rodzinka stanowczo odrzuciła (z babcią na czele, która panicznie boi się małych gryzoni… chociaż z Edkiem po latach rozmawiała i zawsze wariował jak ją słyszał xD)… i tak oto przypadkowo trafiłam na ogłoszenie o oddaniu szynszyla. Z czym to się je już mniej więcej wiedziałam, niedawno przyjaciółka nabyła własnego i byłam w nim totalnie zakochana- ot, taka milutka, towarzyska, szara kuleczka. Siedziałam pół dnia, czytając różne strony i fora internetowe, chcąc być na wszystko przygotowaną. Kiedy już byłam pewna, że poradzę sobie z opieką nad większym gryzoniem niż do tej pory (chomiki i mysz kolczasta) podsunęłam mamie karteczkę z numerem telefonu. I już następnego dnia wieczorem, czarny aksamitny szynszyl zagościł ze swoją wielką klatką w moim małym pokoiku. Ile się namęczyłam, żeby wszystko odpowiednio ustawić i gdzieś go zmieścić… :D Edek żył w dobre 6 razy mniejszym akwarium na jednej z niskich półek XD

Niestety nasze (moje i Tomo) pierwsze dni i noce nie były kolorowe, szczególnie noce… Tomeczek kilka razy w nocy „nawoływał” (raczej brzmiało to jak płacz zepsutej pompki rowerowej) i nie potrafiłam go uspokoić… cóż, sąsiedzi na pewno nie byli zadowoleni a ja nie byłam wyspana xD Dopiero przy którymś z tego typu koncertów zauważyłam, że wystarczy zapalić mu lampkę, chwilę porozmawiać, pogłaskać i zaczynał znów zajmować się sobą.
 Trochę mi go szkoda, jest pewnie samotny (w poprzednim domu było multum zwierząt, psów, kotów, fretka, samiczka szynszyla- ale właśnie szynszyla go nie zaakceptowała i dostawał baty, co widać po jego postrzępionym uchu) ale boi się innych szynszyli (próbowałam z szylkiem Keiyu i nic, udawał, że go nie widzi a potem uciekał  :< ). 

A ja nie jestem w stanie posiadać dwóch szylków… na razie. Po miesiącu pobytu u nas, przy codziennym  minimum godzinnym wybiegu po mieszkanku i czasem spacerku pod blokiem, Tomo trochę się z nami oswoił i tylko raz na trzy noce potrafi „zapłakać”- wtedy wstaję, zapalam jego małą lampkę, porozmawiam z nim i już jest zadowolony J Kiedy jest na „wybiegu” sam do nas podbiega, wskakuje na kolana…. I JE PODGRYZA. Jednak wiem, że robi to aby zwrócić na siebie uwagę, żeby się pobawić z nim… a nie po to, żeby zrobić nam krzywdę. 

Naprawdę dużo rozumie jak na niepozornego gryzonia- prawie nauczył się otwierać drzwi przy użyciu podskoku i nacisku na klamkę! Codziennie i on, i ja uczymy się o sobie czegoś nowego. Jakiś czas temu prawie popłakałam się z radości, gdy wszedł mi sam na rękę przy wychodzeniu z klatki (zazwyczaj w tym momencie jest bardzo nieufny!)… Za to ostatnio, gdy bawiłyśmy się z nim z mamą i na chwilę wyszłam do łazienki, aby przyszykować mu piaskową kąpiel, zrobił coś zaskakującego- zaczął skakać na zamknięte drzwi, wskoczył na fotel i patrząc w nie zaczął „nawoływać” a mama nie mogła go uspokoić! :D Zniknęłam mu z oczu na dwie minuty a on już za mną płakał! :D Za to jak przyniosłam mu michę z pyłem i dokładnie się wytaczał, znów mnie zaskoczył, bo rzucił się w moje ramiona i nie chciał z nich zejść! 
Niby wydaje się, że to całkowicie normalne- ot, pupilek do trzymania na rączkach. Nic bardziej mylnego, to nie ten typ. Tomo nie potrafi wysiedzieć w miejscu, nie lubi głaskania poza klatką, co chwilę próbuje coś przeskrobać, robić rzeczy, których dokładnie wie, że nie może robić- taki mały szatan. A jednak ma swoje chwile słabości :D 

Mógłby tylko mniej mnie gryźć, haha. Jak widać po opisie- jestem w nim zakochana! Co chwilę wymyślam mu nowe zabawki, przysmaki, pokarmy. Ostatnio przyniosłam ze sklepu zabawkę dla kota, którą przerobiłam na pojemniczek-kulkę do zabawy i jednoczesnego jedzenia sianka… oprócz tego ma słomianą marchewkę, lalkę voodoo do przytulania i pełno smakołyków. Chyba pierwszy raz w życiu kupiłam gryzoniowi karmę za ponad 20 złotych… a jutro przyjdzie kolejne zamówienie na podobną kwotę XD” Zbankrutuję na nim, ale jestem całkowicie pod jego urokiem!

Ah, najważniejsze… skąd imię Tomo? Otóż Tomeczek sam sobie je wybrał, już pierwszego dnia pobytu w moim mieszkanku. Siedziałyśmy, myślałyśmy nad imieniem (do poprzedniego nawet nie był przyzwyczajony i było.. nijakie), szylek biegał sobie po pokoju. Gdy padło pytanie „To jak go nazwiemy?” sierściuch nagle wskoczył na łóżko, na dużą kocią poduchę i zaczął łapkami szurać po plakacie vistlip w miejscu, w którym… oczywiście znajdował się Tomo, wokalista zespołu. I decyzja zapadła. Jednak na „Tomeczek” bardziej nauczył się reagować, więc częściej używamy tego zdrobnienia :D


Ah…. Jaka pokaźna notka wyszła! Ale spodziewałam się tego, mogę o nim mówić i mówić, opowiadać i opowiadać… musicie mi wybaczyć, taka już jest miłość :D

Jutro wrzucę sporo zdjęć z pobytu u Yoki i naszej sesji zdjęciowej :D A kolejna notka będzie fotograficznym podsumowaniem całych wakacji. Później planuję cały cykl, mam nadzieję, że wypali.

Tomo i jego ciepły termoforek XD